Wpisz swój email

niedziela, 5 listopada 2017

Bajki Wróżki Zębuszki - Śpiąca Królewna...

Jestem Wróżką Zębuszką i od wieeelu lat przychodzę nocą po pierwsze zęby – mleczaki, które dzieci na całym świecie chowają dla mnie pod poduszką po ich wypadnięciu. W ostatnich latach zaobserwowałam, że te mleczaki nie są bielutkie i zdrowe, jak kiedyś, ale chore, z ciemnymi plamkami, zarażone próchnicą... przyjrzałam się wtedy, co te ząbki gryzły, co ich właściciele jedli na kolację i przez cały dzień?? I załamałam swoje wróżkowe ręce... Nigdy przenigdy dzieci nie jadły tyyyle cukru, co dzisiaj – w słodyczach, w kakao, w jogurtach, w płatkach śniadaniowych, a nawet w zdawałoby się słonych czy wytrawnych potrawach! 
Dlatego postanowiłam tę bajeczną książeczkę dać właśnie Tobie – Drogie Dziecko – w zamian za Twoje mleczne ząbki! Z życzeniami zdrowia – dla zębów i dziąseł, ale też dla całego Twojego organizmu!
Wróżka Zębuszka

ŚPIĄCA KRÓLEWNA

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i jeszcze za siedmioma innymi państwami leżało królestwo, którego władcy długo czekali na dziedzica. Kiedy wreszcie król i królowa doczekali się narodzin córeczki, radości było co niemiara! Wyprawili wielkie chrzciny, na które zaprosili wszystkich poddanych, wszystkich sąsiadów i wszystkie wróżki z okolicy. No, prawie...

Tak się stało, że dwanaście przybyłych wróżek nachyliło się nad kołyską dziecięcia i zaczęło obdarzać królewnę swoimi darami – pierwsza powiedziała: „będziesz dobra!”, druga rzekła: „będziesz piękna!”, trzecia: „wszyscy będą cię kochać!”, czwarta: „będziesz się opiekowała zwierzętami!”, piąta: „nigdy nie zabraknie ci jedzenia!”, szósta: „będziesz miała zgrabną sylwetkę!”, siódma: „będziesz cudownie tańczyć!”, ósma: „będziesz rysować i malować tak, że twoje rysunki będą wyglądać jak żywe!”, dziewiąta: „zawsze będziesz miała strojne szaty!”, dziesiąta: „będziesz się uśmiechać do wszystkich istot!”, jedenasta: „będziesz umiała pokonać swój strach!” i już dwunasta otwierała usta, żeby przekazać swój dar, kiedy huknęło, błysnęło i niczym wielki czarny ptak w powietrzu pojawiła się trzynasta wróżka, której na chrzciny nie zaproszono.

„I ja też mam swoje życzenie dla królewny, której rodzice tak mnie zlekceważyli!!” - krzyknęła zła wróżka, zbliżając się do kołyski - „W dniu, w którym skończysz szesnaście lat, ukłujesz się wrzecionem i umrzesz! I nie będzie już pięknej, dobrej, szczęśliwej królewny, tylko żałoba w całym kraju!” To powiedziawszy, czarna wróżka odleciała tak szybko, że nikt nie zdążył zareagować. W tej pociemniałej nagle i złowieszczej atmosferze zbliżyła się dwunasta dobra wróżka, która nie zdążyła jeszcze wypowiedzieć swojego życzenia. Poważnie powiedziała: „Nie mam takiej mocy, żeby całkowicie odmienić poprzednią wróżbę... Czarna wróżka przypomina nam o istnieniu ciemnej strony życia, która była, jest i będzie... ale żadna wróżba nie decyduje w 100% o naszej przyszłości i naszym życiu! I to jest właśnie moje życzenie dla królewny – będziesz silna i będziesz sama decydować o swoim losie! Nie umrzesz w dniu swoich szesnastych urodzin, chociaż prędzej czy później umrzesz – jak każdy człowiek...”

Mimo tego zapewnienia dwunastej wróżki król i królowa w wielkiej panice wydali rozkaz, aby w całym królestwie spalić wszystkie wrzeciona i nie ważyć się budować nowych. Swoją córeczkę bardzo pilnowali i na niewiele jej pozwalali, lękając się o jej zdrowie i życie...
Nie mogła wychodzić poza teren zamku i ogrodu... nie mogła jeździć konno... nie mogła bawić się z psami podwórzowymi – jedynie pozwolono jej na papużki w klatce i rybki w akwarium... chociaż sama nie mogła wchodzić do wody... nie mogła nigdy i nigdzie przebywać bez żadnej opieki... Dziw nad dziwy, że przy tylu ograniczeniach królewna mimo wszystko wyrastała na zdrową, silną i piękną dziewczynę!

Gorzej działo się z jej rodzicami... ciągle w strachu o córkę, ciągle w stresie, ciągle zwoływali najtęższe głowy z kraju i zza granicy, ciągle siedzieli z nimi długimi godzinami, żeby klątwę złej wróżki odczynić – a przez to zaniedbali swoje zdrowie i życie! Zajadali ten swój lęk i stres słodkościami, do których jako władcy królestwa mieli łatwy dostęp. Białe pieczywo, ciasta z pszennej mąki, śmietany i cukru ciągle gościły na królewskim stole. Czarna herbata i jeszcze czarniejsza kawa popijane były od rana do nocy, ale żadne ich ilości nie pomogły rozwiązać rodzinnego problemu. Król i królowa byli coraz smutniejsi, coraz bardziej przygnębieni, a przy tym coraz grubsi.
I tak nadszedł dzień szesnastych urodzin królewny, ale nikt się na ten moment nie cieszył, zwłaszcza para królewska wolałaby zatrzymać czas albo nawet go cofnąć, gdyby tylko mieli taką moc! A jubilatka sama miała mieszane uczucia – odczuwała przygnębiającą atmosferę zamku, ale nie do końca wierzyła w pechową przepowiednię, z którą zdążyła się przez te wszystkie lata oswoić. Miała nadzieję, że kiedy skończy się ta doba i żaden kataklizm nie nastąpi, to wreszcie uzyska więcej wolności, swobody i spokoju... I tak właśnie zadziwiająco spokojnie płynął ten dzień ku swemu końcowi, północ się zbliżała, królewna ciągle cała i zdrowa, wszyscy na dworze już lżej oddychać zaczęli, w tym służące i opiekunki dziewczęcia. Łatwo jej przyszło ich uwadze umknąć i zapuścić się w rejony, których wcześniej nie odwiedzała.

Udała się otóż schodami na strych, do którego olbrzymie i ciemne drzwi wstępu broniły. Pociągnęła dziewczyna za klamkę, spodziewając się, że zamknięte będą, a ku jej wielkiemu zdziwieniu na oścież się otwarły. W głębi światełko błyskało, jakby zapraszało, tam więc kroki swe skierowała. Tymczasem na dole zamkowy zegar dwunastą zaczął wybijać, ale królewna go nie słyszała. W głębi strychu, w świetle świecy zobaczyła miłą staruszkę siedzącą przy dziwnej drewnianej maszynie. Było to jedyne ocalałe w tej krainie wrzeciono, ale królewna nie wiedziała, co to jest, jako że nigdy wcześniej nic takiego nie widziała. Zbliżyła się i równo z ostatnim uderzeniem zegara wyciągnęła rękę ku urządzeniu, ukłuła się w serdeczny palec – i zasnęła. Razem z nią zasnęli wszyscy na zamku – zestresowani a przy tym niezdrowo przejedzeni król i królowa... dworzanie w komnatach... rycerze w sali kominkowej... parobkowie w stajniach... konie, psy, koty i koguty na podwórzu...


Ale spośród wszystkich śpiących tylko królewna śniła swój sen proroczy – i w tym śnie spotkała młodzieńca, który po wielu latach z dalekiej krainy przybył, aby ze snu ją obudzić, z zamku uwolnić i cały świat pokazać. Tak się też stało. Przybył królewicz, gorącym pocałunkiem obudził, do lasu, w góry i nad morze zabrał, świeżymi warzywami i owocami częstował, grzyby, nasiona i korzonki nauczył zbierać i strawę z nich przyrządzać.
I tak żyli długo i szczęśliwie – bez cukrzycy!

piątek, 1 lipca 2016

Słodki piknik (opowiastka z morałem)

Po długiej przejażdżce rowerowej wszyscy byli bardzo głodni i spragnieni. Dlatego cała trójka: mama Ewa, tata Dariusz i córeczka Gaja rzucili się do sakw, żeby wyciągnąć piknikowe zapasy. Najpierw rozłożyli obrus na rozgrzanej słońcem, ale o tej porze zacienionej już trawie. Potem ułożyli miłą dla oka kolorową kompozycję świeżych i suszonych owoców, orzechów, sałatki jarzynowej oraz kanapek z hummusem i kiszonym ogórkiem. W centralnym miejscu postawili deser - ciemnobrązowe ciasto pachnące czekoladą i przełożone śnieżnobiałą śmietanką kokosową. Woda w termosie z dodatkiem cytryny, mięty i mrożonych malin ciągle była przyjemnie zimna.


W tle cicho brzęczały owady, a zmęczone upałem ptaki zaczynały odzyskiwać swój śpiewaczy wigor. Przez kilka minut tylko odgłosy potrójnego gryzienia, chrupania i przełykania zakłócały tę tak zwaną ciszę na łonie przyrody.

Mmmm, jakie to dobre! - sielankę urozmaicił głos mamy Ewy, skierowany do taty Dariusza. - Nigdy nie przestanę podziwiać Twojej umiejętności doprawiania sałatek.
O, dzięki kochana, zawsze miło mi to słyszeć. - odwzajemnił tato z uśmiechem w głosie. - Ale to Twoje ciasto czekoladowe jak zwykle jest najpyszniejsze w świecie!
Ja, ja pokroję, daj Tato! - wtrąciła Gaja, bardzo samodzielna pięciolatka. - Ja już umiem kroić nożem, patrz Mamo!


Na ten malowniczy obrazek ścieżką z głębi lasu nadeszła staruszka. Miała bardzo babcine rumiane policzki, nad nimi śmiejące się niebieskie oczy, a jeszcze wyżej starannie ufryzowane siwe loczki. - Ależ ty jesteś śliczna, malutka! - zachwyciła się Gają. - I masz taką piękną sukieneczkę! Patrz, mam coś dla ciebie, zobacz jaki słodki cukiereczek. Wabiła dziewczynkę, trzymając w wyciągniętej dłoni zawiniętego w folię lizaka. Zaciekawiona Gaja zbliżała się nieśmiało, jednak ubiegł ją ojciec. Wstał z trawy i pierwszy podszedł do staruszki:
Bardzo panią przepraszam, ale w naszej rodzinie nie jemy takich rzeczy. Dziękujemy za chęć poczęstowania naszej córki, ale musimy odmówić.
Staruszka zdębiała, jednak zareagowała niemal z automatu:
Ale co pan? Przecież to tylko lizak, panie! Jakbyś pan przeżył wojnę, tobyś wiedział, co to za dobro, dać dziecku lizaka! Moje dzieci jadły lizaki i moje wnuki jedzą lizaki i jedno w drugie jak dęby wyrośnięte!
Proszę pani - powtórzył mężczyzna - naprawdę dziękujemy, jednak nie dajemy naszej córce mocno przetworzonego jedzenia, a zwłaszcza słodyczy, w których jest sam cukier, bo to praktycznie rzecz biorąc trucizna...
Panie drogi! Przecież cukier krzepi!? - staruszka była zbyt zdziwiona, żeby się obrazić.

W tym momencie mama postanowiła zareagować, przytulając nieco zalęknioną Gaję i zwracając się do starszej kobiety z zapraszającym uśmiechem:
No właśnie cukier nie krzepi, oj nie, wręcz przeciwnie. Ale może usiądzie pani tu z nami na chwilkę i porozmawiamy sobie? Proszę, niech pani sama zobaczy, ile tu mamy słodkości, a wszystkie są bez cukru, naprawdę.

Z niejakim oporem staruszka dała się zaprowadzić na miejsce pikniku i usadowić na poduszce.
O, proszę, tu mamy cytrynową wodę do picia, a tu jabłka, gruszki, pomarańcze…
Oj nie, kochanieńka. Nie mogę surowych owoców, źle mi się trawią…
To może suszone śliwki? Najlepsze na trawienie! Albo rodzynki, a tu orzechy, proszę się częstować! A może kawałek ciasta?
A chętnie, chętnie. Ale pani mówi, że ono tak całkiem bez cukru?
No tak, słodzone daktylami i bananami, proszę, niech pani sama spróbuje.
A wie pani, że nawet dobre? I słodkie! W życiu bym nie powiedziała, że bez cukru! No ale co ten cukier tak państwu szkodzi, że państwo dziecku też nie dają?
Och, długo by opowiadać. Chodzi nam o to, że dzisiejsze słodycze i napoje kupowane w sklepach są napakowane chemicznymi słodzikami, przetworzonym cukrem, syropem glukozowo-fruktozowym i innymi takimi...


Co gorsza, nie tylko cukierki, czekoladki czy lizaki, ale i inne rzeczy - wtrącił tato. - Czy pani uwierzy, że cukier dodają do wszystkich płatków śniadaniowych, do chleba, mleka, jogurtów, do groszku i kukurydzy w puszce, nawet do wędlin??
No i wychodzi na to, że dzisiaj zwykły człowiek je kilkadziesiąt razy więcej cukru niż sto lat temu - nawet jeśli nie słodzi kawy czy herbaty - uzupełniła mama. - Nasza lekarka potwierdza, że to bardzo szkodzi zdrowiu i przyczynia się do wieeeeelu chorób. Dlatego wolimy dawać Gai tylko naturalne słodkości. Ona wprost uwielbia to wszystko: owoce, nasiona, orzechy, ciasto z gorzką czekoladą…
Chociaż od migdałów woli orzechy laskowe, a od porzeczek truskawki… - rzucił tato z uśmiechem, po czym czule zwichrzył grzywkę córki, porwał ją na ręce i zakręcił się z nią razem jak na karuzeli.
Jeszcze tato, jeszcze! - wołała uszczęśliwiona dziewczynka.

Widząc ten wybuch czułości i energii, staruszka poczuła się dziwnie zadowolona z finału sytuacji. Pożegnawszy się ze zdrowo-odżywiającą-się rodziną, odeszła w swoją stronę, unosząc dary - dwa piękne czerwone jabłka - dla wnuków.

Zdjęcie oraz infografika: Dominika Faryno
Tekst opublikowany w e-booku "Słodki Piknik" wydanym przez Fundację Szczęśliwi Bez Cukru, Warszawa 2017.

wtorek, 5 stycznia 2016

"Cały ten cukier" - zobaczyłam, zrozumiałam, uwierzyłam...

„Cały ten cukier” to film dokumentalny nowej generacji, który w wesoły sposób opowiada o trudnych sprawach. Autor scenariusza, reżyser i jednocześnie główny bohater podejmuje ryzykowny eksperyment na własnym ciele i zdrowiu, decydując się na spożywanie 40 łyżeczek cukru dodanego dziennie. Odpowiada to ok. 160 g, które pomnożone przez liczbę dni w roku dają zawrotną sumę ponad 58 kg! Taką ilość cukru spożywa przeciętny konsument w Australii, uwaga: bez słodyczy!!! To jest właśnie główne i najważniejsze przesłanie filmu – tę olbrzymią ilość cukru pochłaniamy w przetworzonej żywności reklamowanej jako ‘healthy food’: w płatkach śniadaniowych, jogurtach owocowych, sokach i napojach, sosach i dodatkach, pieczywie, wędlinach, gotowych sałatkach…

Damon Gameau zjada swoje 40 łyżeczek cukru codziennie przez 60 dni, w tym czasie odbywając podróż do własnej wątroby, układu krążenia, ale także do społeczności Aborygenów oraz do USA. Pokazuje powszechność chorób cywilizacyjnych w dzisiejszym świecie i zadziwiającą akceptację tej rzeczywistości przez opinię publiczną, być może pod wpływem reklam i ‘spisku cukrowego’ producentów. Przy pomocy naukowców opłacanych przez koncerny spożywcze udało się im przekonać tłumy konsumentów, że kalorie z cukru mają taką samą wartość, jak kalorie np. z warzyw. Tymczasem nasz bohater spożywa tę samą liczbę kalorii co przed eksperymentem, ok. 2 300 dziennie, a tyje! Na własne oczy widzimy powstawanie tzw. tłuszczu wisceralnego (trzewnego) w jego ciele, który jest tego przyczyną. A zatem puste kalorie odżywczym kaloriom nierówne…
W filmie widzimy również, jak australijski aktor pozostaje pod stałą opieką lekarzy i dietetyków, czy też rozmawia z autorami badań i książek, którzy od lat udowadniają chorobotwórcze i uzależniające działanie cukru. Dzięki niebanalnym ujęciom i komunikatom ‘w pigułce’ jest to doskonała jakość przekazu, daleka od nudnych gadających głów. Kolejne obrazy pokazują różnice w trawieniu glukozy i fruktozy oraz ‘haj cukrowy’ w mózgu – dla mnie jako widza warte więcej niż kilka tysięcy słów naukowców.
Film, mimo że zadaje trudne pytania, udziela jeszcze trudniejszych odpowiedzi i prowokuje do poważnych zmian życiowych, jednocześnie przepojony jest ciepłem i rodzinnymi uczuciami. Damon nawiązuje do pozytywnych emocji związanych ze słodkim smakiem, a na przykładzie swoim, partnerki i ich nowonarodzonej córeczki udowadnia, że można i warto pozbyć się cukrowego uzależnienia. Dla zdrowia ciała, umysłu, serca i ducha! Oraz – dla dobra naszych dzieci, dla krzepy przyszłych pokoleń!!
Zapraszam na stronę Fundacji Szczęśliwi Bez Cukru - znajdziesz tam przepisy na proste bezcukrowe potrawy, artykuły o wpływie cukru na zdrowie człowieka, e-booki do pobrania i wiele innych informacji.

środa, 2 września 2015

DEPRESJA W BIBLIOTECE (z happy endem)

Mawia się, że krytyk czy recenzent to niespełniony pisarz. W przypadku Moniki Pacyfki Tichy tak nie jest. Co prawda jako polonistka posiada narzędzia dekonstrukcji dzieła literackiego połączone z wnikliwością umysłu i wrażliwością uczuć, czemu daje wyraz w licznych recenzjach i felietonach, ale równie wielki  jest jej talent do wciągania czytelnika w wykreowany przez siebie świat za pomocą swoich opowieści. W świat, który ona stwarza i poniekąd w świat, który stwarza jej samo życie...


Słowa, słowa, słowa...
Biblioteka – raj Borgesa. Tak, jeśli są w niej same książki i tylko książki. Ludzie potrafią z tego raju zrobić czyściec, jeśli nie piekło, tak jak to się dzieje w „Bibliotece w Depresji”. Widzę w tej noweli mocne napięcie pomiędzy naiwnością a ironią prezentowanymi przez główną bohaterkę, widzę kontrast stare-nowe na styku cywilizacji postkomunistycznej z cyfrową, widzę wreszcie konflikt pokoleń, ale też konflikt wartości niezależny od wieku bohaterów.

Odczuwam także w tej książce głęboką psychologicznie prawdę o osobie, która wyżej ceni dane słowo, złożoną obietnicę, zobowiązanie wobec osób trzecich niż własny komfort i zdrowie psychiczne. Dobrowolnie chce zostać w nielubianym miejscu pracy, które kojarzy jej się z uwięzieniem. Wolność przychodzi z zewnątrz, nie z wewnątrz – co więcej, to strażnik tego więzienia zwraca wolność Marioli, świeżo upieczonej absolwentce, której wejście na rynek pracy instytucjonalnej w sferze budżetowej jest „końcem wieku niewinności”.

Mariola to moje pokolenie. Też pamiętam upadki stoczni i czasy obowiązkowej służby wojskowej (co prawda było to doświadczenie braci, nie moje). Po przeczytaniu książki Moniki przyszło do mnie pytanie: „natura czy kultura”? Na ile bycie ofiarą własnego wewnętrznego zniewolenia jest cechą osobowościową niezależną od otoczenia, na ile zaś wynika z czasu i miejsca, w których żyjemy? Nie znam jeszcze odpowiedzi na to pytanie, ale mimo to apeluję: O nie, komuno – nie wracaj!!


Wartością dodaną tej książki jest wybór wydawcy - OpenBooks.com to rewolucja na rynku e-booków, jako że Czytelnik ściąga książkę za darmo, czyta i płaci dopiero wtedy, kiedy uzna, że warto! Co więcej, ceny są niskie, bo większość kwoty idzie do Autora, bez wyśrubowanych marż pośredników. Raz pobraną książkę można też najzupełniej legalnie przesłać znajomym wraz z rekomendacją :D Co niniejszym i ja czynię: https://openbooks.com/books/670-biblioteka-w-depresji Miłej lektury!!

poniedziałek, 10 listopada 2014

WIEJSKA EMIGRACJA

Małgorzata Musierowicz sama w sobie jest instytucją, która do tej pory z uśmiechem i uczuciem pisała o mieście. Poznań jest piękny! Poznaj Poznań, a zwłaszcza Jeżyce! - takie przesłanie wyczytywałam z kart kolejnych tomów. Jako mieszkanka podkarpackiej wsi z wielką ekscytacją wędrowałam ulicami wielkopolskiej stolicy, szukając śladów bohaterek Jeżycjady, wiernych przyjaciółek mojego dzieciństwa.

I właśnie teraz, kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, Autorka przeprowadza wszystkich Borejków na wieś :D Lato aż kipi od jej żywiołowych opisów natury, a główna postać - Dorota - dziewczyna o jednej sukience, wydaje się kompletnym przeciwieństwem wielu dzisiejszych nastolatek...

Ale, ale - dla mnie cenne jest to, że ciągle obecnymi i ważnymi bohaterkami są cztery siostry, pokolenie lat 70. ubiegłego wieku! Jeżycjada przestała być lekturą dla dorastających dziewcząt, dzisiaj kobieta w każdym wieku znajdzie w niej coś dla siebie. To coś, to dla mnie idealizacja wiary, nadziei i miłości - niechby istniała tylko w literaturze.

Dobrze, że będzie kolejny tom sagi, cisną mi się bowiem na usta liczne pytania: Jak zareaguje Ida, kiedy zobaczy Dorotkę z Józinkiem? Czy Ignacy i Mila zostaną na dłużej u Pulpecji? Skoro w ich wspólnym z Gabrysią mieszkaniu zaczęły pękać ściany na skutek miejskich robót ciężkim sprzętem, co z mieszkaniem Idy w suterenie tejże kamienicy? Skąd tytuł 'Feblik'?

Na tym polega fenomen pisarski Małgorzaty Musierowicz – już chciałabym przeczytać tę następną część!

poniedziałek, 19 maja 2014

PANI MINISTER EDUKACJI - POZYTYWNE ZASKOCZENIE (VI Kongres Kobiet, Warszawa)

Odkąd pamiętam, chciałam być nauczycielką. Świadomość zasad działania polskiego systemu edukacji mam od lat 15 (ostatnie lata studiów, praca mgr na temat polonistycznej dydaktyki, potem nauczanie w podstawówce, gimnazjum i liceum). W tym czasie 'przeżyłam' 10 ministrów edukacji i kilka(naście?) reform oświaty. Były one większe lub mniejsze: przekazanie szkół samorządom, utworzenie gimnazjów, wprowadzenie egzaminów zewnętrznych i kolejne zmiany tychże egzaminów, awans zawodowy, łączenie i rozdzielanie przedmiotów (nauczanie blokowe, ścieżki międzyprzedmiotowe), narodziny i zgon liceów profilowanych, pluralizm podręcznikowy, coraz to nowe podstawy programowe + standardy, plany wynikowe, e-dzienniki, mundurki, amnestia maturalna, obowiązkowa matematyka, jedność programowa gimnazjum i liceum...

Uff, było tego trochę... rezultat? Ile Polek i Polaków, tyle zdań na temat polskiej szkoły, przeważnie krytycznych... Sama uważam, po swoich doświadczeniach jako uczennicy, studentki uczelni pedagogicznej, nauczycielki i instruktorki harcerskiej, że potrzebne są mocne zmiany - idące w kierunku kreatywności, dobrowolności, samodzielności uczniów; ogólnie zdemokratyzowania szkół. W równym stopniu inspirują mnie osiągnięcia Korczaka i Summerhill; różne warsztaty z rozwoju osobistego, których w Krakowie (i Polsce) coraz więcej, co filmiki TEDowe np. z wystąpień Sir Kena Robinsona.

Dlatego dobrze było usłyszeć, że nowa pani minister edukacji, Joanna Kluzik-Rostkowska, uczestniczy w ogólnoświatowej debacie na temat szkolnictwa. Że zdaje sobie sprawę nie tylko z typowo polskich problemów (w 2013 na 24 absolwentów szkół wyższych przypadało 10 absolwentów szkół zawodowych), ale i z trendów globalnych. Że nie podejmuje żadnych decyzji pochopnie, ale zamawia przekrojowe badania ilościowe i jakościowe, a potem posługuje się faktami w rządzie i w sejmie. Że ważne i pilne są dla niej tematy edukacji seksualnej, statusu religii/etyki w szkole, udziału rodziców w procesach decyzyjnych, liczby godzin historii i języków obcych...

Cieszę się, że miałam okazję uczestniczyć w tym spotkaniu podczas VI Kongresu Kobiet. Daję pani minister kredyt zaufania:)

piątek, 16 maja 2014

GENDEROWA LEKCJA POLSKIEGO (VI Kongres Kobiet, Warszawa)

Motto: Język nie jest ani niezależnym organizmem ani nietykalnym bóstwem; jest narzędziem i działalnością. Mamy nie tylko prawo, ale i społeczny obowiązek ulepszać to narzędzie zgodnie z jego przeznaczeniem, a nawet zastąpić istniejące narzędzia lepszymi. Baudouin de Courtenay, 1907

Seksizm w języku polskim jest faktem – formy gramatyczne, nazwy wielu zawodów, stylistyka, treści podręczników i lektur z kanonu to przykłady pierwsze z brzegu. Szczegółowo omówiła je Liliana Religa, feministka i tłumaczka, otwierając panel ‘Genderowa lekcja polskiego’ w Centrum Edukacji. Między innymi takie:

- występują luki w nazwach – brak żeńskich końcówek w zawodach fizycznych bądź w polityce czy w wojsku to sygnał wysyłany do dziewczynek, że to nie dla nich (magister, minister, strażak, mechanik, premier, prezydent); z kolei brak męskich wersji prostytutka, niania, akuszerka, przedszkolanka, kosmetyczka w zawodach/zajęciach nisko płatnych lub pogardzanych;
- epitety negatywne określające kobiety lub mające konotacje żeńskie: babochłop, herod-baba, chłopczyca, maminsynek, zniewieściały, laluś;
- deprecjonowanie tej samej czynności w wykonaniu kobiet: babskie gadanie por. męska rozmowa;
- formy żeńskie nie występują w ogóle: kawaler uśmiechu, mąż stanu (...)


Następnie zabrała głos Ewa Rutkowska – nauczycielka filozofii i etyki, która wypowiedziała się na temat seksistowskiej komunikacji w polskiej szkole. Główny obszar to podręczniki:  w tych przedszkolnych i do szkoły podstawowej, a także do religii, mama ciągle pracuje w kuchni, tata zaś buduje, konstruuje. W podręczniku do etyki nie ma żadnej kobiety etyczki cytowanej, jakby nie brały udziału w debacie moralnej, etycznej. Matematyka – ćwiczenia miewają zadania skrajnie seksistowskie, ale niejako w ukryciu. Np. dziecko ma wyliczyć, ile zostanie rodzinie po wydatkach, od dochodu odlicza rachunki za prąd czy gaz i wydatki wszystkich członków rodziny: ojca, rodzeństwa, wujka, ale bez matki, tak jakby nie miała żadnych potrzeb.

Pozostałe panelistki udzieliły wskazówek, jak kobiety mogą reagować na taki wykluczający język, czy to używany celowo, czy też nieświadomie. Najważniejsze jest właśnie uświadomienie sobie i innym, co nam nie odpowiada, następnie poddanie refleksji, czemu np. wolimy być nazywane ‘nauczycielem’ lub ‘dyrektorem’ zamiast ‘nauczycielką’ i ‘dyrektorką’. Marta Konarzewska, polonistka i redaktorka, znajduje w takich sytuacjach formy pośrednie typu ‘dyrekcja’ albo raz stosuje formę męską a raz żeńską – ‘To bywa karkołomne, ale jest do zrobienia’ – twierdzi.


Z kolei Małgorzata Borowska, trenerka umiejętności społecznych, wskazywała wartość wychowania do asertywności, którego brakuje w naszej rzeczywistości edukacyjnej. „Można i należy reagować w sytuacji agresji werbalnej motywowanej stereotypami i uprzedzeniami – podkreśliła współautorka równościowych poradników. Jeśli chodzi o dzieci, to bardzo pomaga dobra, wzmacniająca relacja z osobą dorosłą, nie trening uległości, ale pozwalanie na wypowiadanie własnego zdania. Żeby spłakana dziewczynka, która w przedszkolu usłyszała, że skarpetki z piratami są męskie, a dinozaury dla chłopców, na drugi dzień wróciła tam i powiedziała: dinozaury są dla wszystkich! Nasza szkoła osiąga wyniki postawą uległości. Należy to zmienić”. Warto, aby obie płcie uczyły się wypowiadania własnego zdania, dochodzenia swoich praw, obrony psychicznych granic.

Uzupełnieniem tego panelu, który mi osobiście dał wiele do myślenia, była wystawa na temat ambiwalentnego seksizmu autorstwa Weroniki Rafy. To z niej pochodzą zrobione przeze mnie zdjęcia: