niedziela, 18 sierpnia 2013

KOCHAM IRLANDIĘ JAK... IRLANDIĘ! 2001

I. Jak do tego doszło?
Mój pierwszy wyjazd do Irlandii był właściwie jednym długim ciągiem „pierwszorazowych” wydarzeń – pierwszy raz leciałam samolotem pasażerskim, pierwszy raz płynęłam na łódce i uprawiałam narciarstwo wodne, pierwszy raz przez prawie miesiąc nie było przy mnie nikogo, z kim mogłabym rozmawiać po polsku; żadnej polskiej istoty, na której mogłabym zawiesić oko – pierwszy raz zaczęłam niemal śnić w obcym języku... 

Wszystko zaczęło się na Wigilii KHKA Diablak w krakowskim Domu Harcerza – jako półroczna zaledwie nauczycielka j. angielskiego pomyślałam sobie, że trzeba by wreszcie poużywać trochę tego języka w jego rodzimych stronach. A że Anita – krakowska pełnomocniczka komisarza zagranicznego ZHP – była akurat na miejscu, to i zapytałam, jak to zrobić, żeby jednocześnie mieć i skauting i język angielski. Nic prostszego – wystarczy wejść na stronę www.scout.org i poszukać informacji o wolontariacie skautowym. Tak też zrobiłam – wybrałam z całkiem bogatej oferty ośrodki skautowe w Wielkiej Brytanii, Danii, Szwecji, Niemczech no i – Irlandii. Rozesłałam mejle – otrzymałam odpowiedzi pozytywne (z jednym wyjątkiem – ze Zjednoczonego Królestwa nie dostałam zgoła nic) – stwierdziłam, że gdzie na terenie Europy – poza Anglią oczywiście – będzie najlepszy angielski, jak nie w Irlandii? Jeszcze tylko potwierdzenie mojej aplikacji (= podania) przez Anitę oraz dh. Ewę z Głównej Kwatery i już mogłam wysłać zgłoszenie do Carla – gospodarza ośrodka, który wówczas znałam tylko z nazwy: Killaloe Water Activity Scout Centre. Bardzo szybko otrzymałam odeń list („snail mail”) zapraszający, jak również wskazówki dotyczące wolontariatu skautowego oraz ankietę ewaluacyjną z ośrodka WOSM w Kanderstegu. A potem przyszło mi już tylko czekać – na wakacje i na sierpień.

Akcja naborowa w drużynie, Zielony Rajd, sprawdziany końcoworoczne, poprawianie kartkówek... Dopiero w drugiej połowie lipca stwierdziłam, że przydałoby się zacząć przygotowywać do mojego najdalszego jak dotąd wyjazdu. Priorytety – oczywiście szybko i tanio. Bardziej tanio, niż szybko. Zasięgnęłam rady u Diablaczki Zosi – wielkiej podróżniczki.
-          To ty nie wiesz? – zapytała ze zdziwieniem.
-          O czym nie wiem?
-          Agatka wybiera się do Irlandii na początku sierpnia!
-          Agatka!!!??? – to była zbawienna wiadomość. 
 
Agatka – największa znana mi globtroterka, magister geografii i osoba, która zwiedziła całą Azję i prawie całą Europę – jednym słowem ktoś, kto zna się na rzeczy jak sam Tony Halik. Jak tu nie wierzyć w przysłowiowe szczęście? To Agatka wynalazła w Internecie najtańsze chyba połączenie lotnicze świata (absolutnie nie reklamując i nie ciągnąc żadnych zysków, polecam jednak Ryanair – linie bądź co bądź irlandzkie...) i przez tenże Internet kupiła bilety (dzięki karcie kredytowej dh. Krzyśka i kafejce cybernetycznej dh. Maurycego...); Agatka zaplanowała dokładnie podróż do Frankfurtu, skąd nasz samolot odlatywał; Agatka wymyśliła, że właściwie dlaczego by nie odwiedzić po drodze Diablakowych, harcerskich przyjaciół, którzy akurat znajdowali się i we Frankfurcie, i w Londynie (przesiadka), i w Dublinie... Jednym słowem wszędzie, gdzie by się człowiek nie ruszył! Słysząc to wszystko z jej ust, po raz tysięczny chyba pomyślałam: Co ja bym bez harcerstwa zrobiła?...
               
Nadszedł 28 dzień lipca 2001 – wsiadłam do autobusu do Dębicy, a następnie do pociągu do Krakowa. Na peronie pozostali zaprzyjaźnieni druhowie z 44 WDH, do ostatniego momentu przypominający mi: Tylko nie zapomnij o Guinessie! Owszem, obiecałam im dostarczyć nawet całą skrzynkę najsłynniejszego piwa świata, pod warunkiem, że jest dostępne w wersji bezalkoholowej...

II. Podróż:
W Krakowie spotkałam Agatkę i poczułam, że teraz to już naprawdę jedziemy... Co i rusz sprawdzając, czy paszporty są na swoim miejscu, Polskimi Kolejami Państwowymi dotarłyśmy do Zgorzelca. Przetuptawszy przez granicę i wyjaśniwszy, że „transit”, znalazłyśmy się w Goerlitz. Agatka kupiła śmiesznie tani bilet weekendowy (ważny na 5 osób i kosztuje 40 DM!) i ruszyłyśmy via Niemcy. Spodobało się nam, że w Germanii nie tylko realizują hasło „TIR-y na tory”, ale idą dalej: „samochody osobowe na tory” – w weekendy, żeby odciążyć autostrady. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zapewne dopłacają do wyż wzmiankowanych biletów, żeby tylko ludzie podróżowali koleją?! A kiedy z pociągiem coś się wydarzy, tak jak to stało się z naszym pomiędzy Leipzig i Halle, dość szybko zostają podstawione autobusy. Miałyśmy okazję stwierdzić, że słynny niemiecki „Ordnung” niekoniecznie „muss sein”... Kierowca, który odjeżdżał pierwszy i miał już komplet pasażerów oraz ostre przepisy, że nikt nie może w autobusie stać, po kilkuminutowym przekonywaniu go w angielsko-niemieckim języku, że my MUSIMY, zgodził się zabrać nas na – schody. I wszyscy pasażerowie zaczęli mu bić brawo – taka to była niezwykła decyzja...
                
Dworzec kolejowy we Frankfurcie – prawdziwy wielojęzyczny i różnobarwny moloch. Zachwyciły mnie na nim... budki telefoniczne, jakże różne od produktów naszej „TePsy” – nie dość, że na monety, to jeszcze wydają resztę!! Co prawda w tamtym momencie nie przydały się nam za bardzo – Lolo nie odbierał bowiem telefonu. Miałyśmy jednak jego adres, kilka map – billboardów po drodze i silną motywację – żeby jak najszybciej dojść na miejsce i zrzucić wreszcie z ramion te plecaki! Co też się nam bez specjalnego błądzenia udało. Po drodze stwierdziłyśmy, że „coś ten Frankfurt zaśmiecony jak na Niemcy”, „a ta wieżyczka (Eschenheimer Turm) to na pewno jest średniowieczna” oraz ogólnie oceniłyśmy miasto na miejscami mniej, miejscami bardziej udany mariaż starego i nowego, niemieckiego i obcego (obce było zaś bardziej orientalne niż słowiańskie). Dzieląc się swymi wrażeniami z Lolem, kiedy już doń dotarłyśmy, usłyszałyśmy zaskakujące acz prawdziwe zdanie: „Amerykanie przygotowali Niemcom bardzo ładny plac pod budowę w 1945 roku...” No tak, rzeczywiście, miasto zostało po II wojnie światowej odbudowane i jest tak naprawdę młode. Przy czym „nowa starówka” jest naprawdę klimatyczna, wabiąca imprezami kulturalnymi, wystawami i koncertami; centrum finansowe zaś to głównie wysokościowa kombinacja szkła, metalu i betonu, jak dla mnie niespecjalnie interesująca, za wyjątkiem może ptakopodobnego pomnika postawionego ku czci... krawata...

Nie mogę powiedzieć, że choćby zaczęłyśmy poznawać Frankfurt – już nazajutrz po przyjeździe, 30 lipca, wylatywałyśmy z lotniska Frankfurt Hahn do Londynu. Zabawny był dla mnie fakt, że lotnisko docelowe pierwszego lotu, London Stansted, znałam z... podręcznika do angielskiego, z którego uczę w gimnazjum... Wygląda ono dokładnie tak samo, jak na książkowej fotografii, a czasu na obejrzenie miałyśmy trochę, bo około siedmiu godzin... Nocą nie opłacało się wypuszczać na Londyn Właściwy.  Po owych siedmiu godzinach nastąpił kolejny tani lot do miasta dla mnie niesamowitego, kojarzącego się z nowożytnym Ulissesem i jedyną w swoim rodzaju muzyką irlandzką – do Dublina.

III. Dublin:
Na lotniskach „tranzytowych” przejrzałam sobie przewodnik Agatki i trochę byłam nastawiona na swoistość irlandzkiej stolicy wielkości naszej Warszawy, w której mieszka, bagatela, ponad ¼ całej ludności kraju... Dwa dni i jedna noc tam spędzone zaledwie pozwoliły na „obejrzenie zewnętrzne niekomercyjne” , spotkałyśmy jednak Wojtka, studenta (a jakże, z Diablaka...), który wprowadził nas w półświatek dubliński, umawiając się na pogawędkę w pubie na jednej z niewielu ulic, gdzie nie ma ruchu samochodowego (są tam zatem ekipy grająco - śpiewające). Za jego poradą nocowałyśmy na polu namiotowo - kempingowym pod Dublinem, w miejscowosci Shankill. Stwierdziłyśmy, że Dublin to po prostu czarowne miasteczko. Właśnie - miasteczko - nie da się inaczej powiedzieć o tej skądinąd stolicy 4 - milionowego kraju! Jest ono dosyć jednolite - jak się już zwiedzi kilkanaście ulic o różnej wielkości, to można się spodziewać, co znajdzie się na innych, nieznanych; tak samo z pubami i innymi miejscami "użyteczności publicznej" (najbardziej zachwycone byłyśmy bibliotekami z darmowym Internetem!!). Piękne jest, że nie ma w Dublinie bilboardów i nachalnych reklam, nie ma bloków, tylko urocze, połączone na sposób kamieniczny domki jedno-,  najwyżej dwupiętrowe, z wiktoriańskimi oknami i drzwiami. Kolorowe toto, zadbane, ukwiecone; a na drzwiach kołatki!! Cud miód! Piętrowe za to mają dublińczycy autobusy, których wszędzie jest po prostu „full”! Kołyszą się dość mocno, ale stabilnie i nie mają jakiejś zbiorczej stacji, tylko po prostu przystanki na wszystkich możliwych ulicach. Nie zawadzi tu wspomnieć o przedziwnym systemie wydawania reszty pieniędzy, jeżeli kupuje się bilet u kierowcy (a jednorazówki trzeba, bo nigdzie indziej ich nie ma) - kierowca nie wydaje tak po prostu różnicy pomiędzy ceną a zapłatą, tylko nabija ją na bilecie i jeśli chce się odzyskać pieniądze, idzie się do JEDYNEGO w całym mieście biura DUBLIN BUS mieszczącego się przy głównej ulicy i rozlicza... Ta główna ulica (z wysepką trawnikowo-pomnikowo-ławkową przez środek) jest ekwiwalentem „rynku a la plac” i zwie się O'Connel Street, ku pamięci irlandzkiego pacyfisty z przełomu 19. i 20. wieku, Daniela O'Connela, który głosił wyzwolenie Irlandii drogą prawną i miał powiedzieć: "ŻADNA ZMIANA POLITYCZNA NIE JEST WARTA PRZELANIA CHOĆBY KROPLI LUDZKIEJ KRWI". Jak dla mnie jest to motto życiowe i z wielkim entuzjazmem uwieczniłam na zdjęciu statuę tegoż człowieka! (w stylu Mickiewicza z krakowskiego rynku...) Nie omieszkałam też pstryknąć fotek pomnikom Jamesa Joyce'a i... Molly Malone! Tak, tej samej Molly z polskiej (czyli zaadaptowanej irlandzkiej) szanty! "Pchając wózek z rybami"...itd.

Wędrując i chłonąc celtycką odmienność odwiedziłyśmy też uroczy, egzotyczny i dosłownie zapchany ludźmi park Stephen’s Green z przeróżnymi atrakcjami typu stałego (popiersie patriotki irlandzkiej i jednocześnie żony polskiego hrabiego, Konstancji Markievicz) i chwilowego (zespół wokalno-taneczny grający typową „Irish music”). Nieco poddenerwowane natomiast weszłyśmy do urzędu imigracyjnego, żeby dostać pieczątkę legalnego pobytu. Na szczęście załatwiłyśmy to bez problemu, jako że tak samo tam ludzie pozytywnie reagują na słowo "scouting", jak u nas na "harcerstwo". Muszę jednak przyznać, że w takich chwilach żałowałam, że nie jesteśmy w Unii Europejskiej...

Jednym zdaniem: Dublin zajął wysoką pozycję na mojej prywatnej liście miejsc, gdzie warto powrócić – także ze względu na magiczną atmosferę, którą wprowadzają dwujęzyczne napisy – pod angielskim gaelicki, (Bealai éalaine) język elfów... Także ze względu na masowo spotykane chodzące stereotypy – rudowłosi Irlandczycy, przystojni marynarze... Agatka została w stolicy, ja natomiast udałam się w kolejną podróż – w poprzek wyspy, wyjeżdżając z Busaras Station na wschodzie, a cel swój mając w Birdhill na zachodzie... (niemal przy Limerick, a stamtąd do Atlantyku to po prostu rzut rogatywką!!!)

IV. „Go west”:
Autostrada raczej pustawa, bez ścian ekranujących, wzdłuż niej już to lasy (a raczej mocno zarośnięte miedze), już to górujące „kościołozamki” z szarego kamienia, obok pastwiska (krowa, owca, osiołek, owca, koń, owca). Dojazd do ośrodka bajecznie prosty. No i lewostronny...

V. Killaloe Water Activity Scout Centre:
Wodne Centrum Skautowe właściwie nie mieści się w Killaloe, ale kilka kilometrów obok (szybciej rzeką Shannon, niźli szosą...). Zresztą granica pomiędzy miastem a wsią w polskim rozumieniu została tam bardzo zatarta – w miasteczkach jest po prostu gęściej – więcej domów, pubów, sklepów i ludzi. Killaloe to bliźniak syjamski Balliny – dzieli je Shannon River, łączy zaś stary, piękny, ale okropnie wąski most (nic to, bo właśnie przezeń idzie cały niemały ruch samochodowy znad jeziora Lough Dorg na Limerick). W obu tych miejscowościach są po dwa kościoły reprezentujące katolików i protestantów – co więcej – kościoły katolicki i protestancki w Killaloe są pod wezwaniem tego samego świętego – Flannana (widocznie został kanonizowany przed rozłamem). Mnóstwo egzotycznej zieleni; nieco brudu i obłażących z tynku budynków tylko w zaułkach mocno oddalonych od centrum i nielicznych (mimo że nadatlantycka wilgoć panuje tam spora!).

Samo centrum skautowe to rozłożysty, ale niski budynek z łóżkami 2 – piętrowymi na kilkadziesiąt osób, obok potężny barak na sprzęt pływający (mmm, łódki, kajaki, toppery, i mnóstwo innych drobiazgów), 7 metrów do zatoczki, w niej molo z „lilyvets” – jednostkami pływającymi produkowanymi przez Holendrów na potrzeby skautów, motorówki mała i duża; jednym słowem dużo wszystkiego średnio uporządkowane... Gospodarz, Carl – typowy irlandzki wilk morski z fajką i o dziwnym akcencie, inni wolontariusze: dwie 19-letnie Holenderki - bliźniaczki, po prostu śliczne, o podłużno-owalnych buziach, zadartych noskach i długich szyjach. Obie blondynki, przy czym rozpoznawałam je po tym, ze Sanne miała trochę bardziej kręcone włosy na grzywce, Esther natomiast pofarbowane na czerwono końcówki kucyków i czasem nosiła okulary. Szkolą się do pracy z dziećmi specjalnej troski. Przemiłe. Główny nasz szef to ich holenderski zwierzchnik skautowy, Maurice, nauczyciel młodszoszkolny, gość w porządku, tylko strasznie kopcący papierosy (sam sobie kręcił fajki i to okropnie śmierdzące!). Pozostali Holendrzy to 16-letni Jurdij i 17-letni Pim - obaj w szkole przygotowującej do studiów kapitańskich. Poza nimi jeszcze byli: Laurent z Luksemburga w Luksemburgu, cichy jak myszka oraz wiecznie opalony Emilien z Rumunii, z samego Bukaresztu, łączący profil Jean Claude van Damme'a z pochmurnym spojrzeniem Żebrowskiego. Osiem osób, szesnaście par rąk, podczas gdy pracy raczej niedużo. 

Obowiązki nasze powszednie polegały na robieniu sobie posiłków i umilaniu wolnego czasu – przeważnie na wodzie. Kiedy przyjeżdżały grupy skautowe „normalne” (Amerykanie i Irlandczycy) Holendrzy zajmowali się uczeniem ich obsługi sprzętu wodnego albo po prostu transportem „jeziornym”; ja pływałam jako dodatek (nie mam uprawnień żeglarskich) albo zajmowałam się kuchnią. Każdy z nas robił to, co umiał i chciał. Bardzo podobało mi się naturalne i totalne równouprawnienie: wszyscy wyciągaliśmy duże kamienie z zatoczki i przewozili na taczkach do dołka; wszyscy znosiliśmy drzewo na nowy budynek ze wzgórza, wszyscy myliśmy naczynia bez odgórnie ustalonych dyżurów, ale dosyć sprawiedliwie. Nie podobał mi się brak myślenia proekologicznego – doskonałe warunki, jeszcze czysto, ale żadnej lokalnej oczyszczalni, sortowania śmieci, żadnej oszczędności w tym kierunku. Duże zdziwienie moim wegetarianizmem, ale całkowita akceptacja. Jedzenie niestety przetworzone maksymalnie, z puszek, słoików, torebek i mikrofalówki. 

Refleksje skautowe: Laurent nigdy w życiu nie zgodziłby się na ograniczanie swojej wolności takim prawem harcerskim, jakie mamy w Polsce; dziewczynom to bez różnicy, bo one nie piją i ich „zuchy” oczywiście też nie. „Seascouts” nie czują wielkiej więzi z Baden-Powellem, on stworzył przecież skautów lądowych. To raczej klub żeglarski, bez śpiewania szant zresztą... Co wieczór za to, zamiast ogniska – wizyta w pubie. Irlandzkie puby są zresztą absolutnie odjazdowym zjawiskiem kulturowym! Spotykają się tu przy jednym stole bilardowym, przy jednym mikrofonie i na jednym parkiecie całe pokolenia. Miejscowa szkoła tańca co środę urządza pokaz tradycyjnych tańców irlandzkich, naukę dla chętnych, po czym zbiera wolne datki na działalność. Gdzie w Polsce w lokalu wieczornym zobaczę dziesięciolatka wywijającego hołubce ze starszą panią?! Gdzie usłyszę dwunastoletnią dziewczynkę śpiewającą drżącym a czystym głosem starą romancę? Gdzie o północy wszyscy wstaną (w postawie swobodnej), żeby odśpiewać hymn państwowy, po czym, jak gdyby nigdy nic wrócą do swojego kufla... Mimo osiemsetletniej podległości Anglii i młodziutkiej, osiemdziesięcioletniej wolności (na marginesie: równe 80 lat i żadnych wielkich, państwowych obchodów!!! Ani też ech rozdarcia Republika Irlandii - Ulster. Czternastoletni Tyke mówi tylko: „Chciałbym, żeby Irlandia była jedną całością, ale nie zrobię w tym kierunku nic dramatycznego.” ). Tam po prostu panuje spokój tradycji, której nie przeszkadza fakt, że Irlandia jest „tygrysem celtyckim” w Unii Europejskiej – daje czyste środowisko, za co zyskuje high-tech i jeden z najwyższych dochodów na głowę w Europie...

VI. Wolontariackie rozrywki:
Poznałam Irlandię imprezową nie tylko od strony pubów: zawieziono nas do Fun – Land (Limerick), centrum rozrywki z kręglami, grami, rażeniem prądem i mnóstwem innych atrakcji. Zwiedziliśmy Bunratty Castle – zamek średniowieczny otoczony typowo irlandzką wsią odrestaurowaną na wiek XIX. Świętowaliśmy urodziny Emiliena i Alana. Ekstremalnie wywiało i wymoczyło nas na klifach Moheru (skały samobójców i groźny Atlantyk) oraz na... nartach wodnych. Holendrzy i Irlandczycy w listopadową iście pogodę (mgła, ukośna ulewa, wiatr zachodni) urządzili sobie zawody żeglarskie. Podziwiałam ich z ciepłej i pachnącej zupą kuchni... Przy na szczęście nieco lepszej pogodzie pomagaliśmy w przeprowadzeniu wodnej części skautowych ogólnokrajowych zawodów „best of the best”: „Melvina”. Przy tym wszystkim często gęsto mogłam przebywać w miejskiej bibliotece (bardzo łatwo i przyjemnie dojeżdżało mi się do niej na stopa), korzystać z Internetu i czytać książki po angielsku (cały dostępny Harry Potter, komiksy o Asterixie, TinTinie, inne książki nie przetłumaczone na polski). Na pożegnanie ugoszczono nas kolacją w ekskluzywnej restauracji.

VII. Powrót:
Pierwsze wyjechały Esther i Sanne i wtedy już naprawdę nic nie było do roboty... Wyjechałam więc i ja, cztery dni wcześniej niż powinnam, dlatego Światowe Biuro Skautowe w Kanderstegu nie przyznało mi refundacji 50% kosztów podróży. Jednak z uwagi na tani dojazd, który opisałam na początku i tę niesamowitą ilość atrakcji, które mnie spotkały, uważam, że i tak interes ubiłam znakomity! No i nauczyłam się kilku słów po irlandzku – myślę, że oddają one dobrze samopoczucie zwiedzających Zieloną Wyspę: „Ta me go maith, go raibh math agat” znaczy bowiem: „Dziękuję, czuję się dobrze”.

W imieniu Carla, jako pierwsza Polka w Killaloe w XXI wieku, zapraszam do Irlandii! 
Wolontariat skautowy czeka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz